2017, dzięki! To był dobry rok…

Nie lubię podsumowań, tak jak i nie lubię robić planów. Jakoś nigdy tego nie czułem. Po prostu wszystko się toczy, życie płynie sobie swoim korytkiem niczym Wisła po polskiej krainie. Nie ma co gdybać, tworzyć wizje na przyszłość, skoro i tak lajf wszystko zweryfikuje. Tak myślałem przez lata. I nadal się tego trzymam, choć przychodzą momenty w życiu faceta, kiedy taki bilans wypada zrobić. Takim momentem w moim życiu jest koniec 2017 roku.

Od dawna wiedziałem, że tych 12 miesięcy to będzie wyjątkowy czas. Oczywiście, głównym powodem takich przemyślunków był zbliżający się ślub. Z Miłością Mego Życia. Ja to wiem i tyle. Marta to prawdziwy skarb, anioł tu na ziemi, o czym świadczy to, że wytrzymuje moje biadolenie, zapominalstwo i niekończący się mansplaining (o każdej z tych wad oczywiście napiszę w swoim czasie, żeby pokazać, jaki dramat Małżonka przeżywa ze mną na co dzień).

…ale wracając do tematu. 17 czerwca 2017. No, nie powiem, czekaliśmy na ten dzień, chociaż w pracy ostrzegali mnie, że wszystkie bajki kończą się ślubem, o czym świadczy nasz półroczny staż. Na szczęście, w naszym przypadku tak nie było. I nie zamierzam tu pisać o niekończących się przygotowaniach, męczących przymiarkach, długiej jak papier toaletowy liście gości. Nie napiszę tego, bo tak to nie wyglądało! Nie była to łatwa przeprawa, trochę logistycznej walki przeżyliśmy, ale ostatecznie sami tego chcieliśmy. Gdybyśmy teraz z nerwami i zniechęceniem wspominali ten czas, bankowo nie świadczyłoby to dobrze o nas samych.

Nie ukrywam, że większośc pracy wykonała Marta. To ona szybko zaproponowała restaurację, kościół, nawet datę. Ba, lista gości była gotowa dokładnie w 19 godzin od chwili zaręczyn! Baj de łej, czasami podejrzewam, że Małżonka miała cały plan wielkiego dnia spisany już w 2004, gdy skończyła 18 lat, i tylko czekała na imię szczęśliwca, który będzie jej przy ołtarzu przyrzekał 😉

Wszystko to jednak było warte swojego zachodu. I mieliśmy z tego wielką frajdę. Planowanie ślubu i wesela jeszcze bardziej nas do siebie zbliżyło. Dlatego nie żałuję ani jednego wieczoru, spędzonego na wycinaniu ozdób na salę czy zbijaniu ramki z desek (nie pytajcie po co i dlaczego, kiedyś to wyjaśnię). Było warto i nie wierzcie nikomu, kto twierdzi ostatecznie i definitywnie, że nie weźmie ślubu, no bo po co? Że zrobią z niej bezę, że wcisną go w garniaka, że lepiej kasę wydać na podróż dookoła świata. Naprawdę warto. Taką chwilę warto przeżyć.

Drugi hit tego roku to oczywiście bejbol. Planowany, wymarzony, ale że tak szybko? Przecież staraliśmy się dokładnie..yy, dwa tygodnie? Małżonka pisała już, że okoliczności nie do końca były sprzyjające, a jednak się udało (tfu tfu, odpukać w niemalowane). I teraz wysiadujemy to nasze jajeczko, pilnie słuchając się lekarza i przeskakując z Leona, na Henia, po Jerzego. Jak będzie, gdy się urodzi? Zobaczymy już pod koniec marca.

Ktoś powie – tylko tyle? Dla mnie aż tyle. Zawsze czułem, że rodzina jest najważniejsza, że gdzieś tam, w odległej galaktyce, jest jakaś fajna babeczka, z która miło będzie ułożyć sobie życie. I to marzenie się spełnia. Z tą różnicą, że fajna babeczka okazała się kobietą z krwi i kości, pełną życia, pasji i miłości, którą obdziela nas na co dzień. Mnie i Bobaska, bo Lenny już jest częścią naszej rodziny. Zaplanowanej, mimo że nie lubię planować.