Dalej, wyżej, mocniej! Igrzyskowe sport-story

To jest ten czas, na który czekam średnio dwa lata. Czasami mniej, czasami więcej. Ale gdy nadchodzi, nie ma mnie. I potrafię zarwać noc, byleby tylko zobaczyć, jak Polacy walczą o medal. Bo to czas na igrzyska olimpijskie.

Od razu się przyznam – nie jestem baaardzo sportowy. Latem, wiadomo – rowerek, tenisik, pływanko. Czasami wskoczy jakiś badminton i tyle. Zawsze coś. Ale to za mało. Za mało, żeby powiedzieć, że jestem aktywny. I to moja największa bolączka.

Zimą przeżywam katusze. Bo po prostu mi się nie chce. Jeszcze w październiku potrafiłem wstać o 6.50 i przed pracą biegać po 7 kilometrów. Potem przyszedł grudzień i wszystko spełzło na piernikach. Właśnie nie na panewce – na piernikach, bo od nich się zaczęło. Pieczemy te pierniczki, smaczne, lukrowane, takie, że ajajaj! No i co, nie uszczkniesz kawałeczka? No weź, przecież je robiłeś! Nie czujesz, jak pachną? A do tego te pistacje i migdały, no mniami!

Dobra. Jeden, a potem dopiero w Święta. Trzymasz się ten tydzień, ale w międzyczasie masz christmas party w pracy, wigilię z przyjaciółmi, jedną czy dwie kawki ze znajomymi i już proces tuczny się zaczyna. O świątecznym obżarstwie już nie wspominam, bo to w ogóle tragedia. I tak aż do sylwka i noworocznego postanowienia, o którym w pierwszym tygodniu stycznia zapominasz jak o urodzinach teściowej. Nie, że celowo 😉

No i mija ten styczeń, a wraz z nim Twój szacunek do samego siebie. “ILE?!?!?!?!” – wykrzykujesz, patrząc jak wskazówka wagi coraz szybciej zbliża się do pozycji pięknie zwanej “Grubas”. I zabierasz się do roboty, tak jak rok temu. I rok wcześniej. Walczysz o choć odrobinę zgrabności i godności, które będziesz mógł pokazać na miejskiej plaży już pod koniec maja. A przecież wystarczyło po prostu być aktywnym. I stosować się do diety pana eMŻeta.

Ale żeby zadziałała, trzeba się ruszać. Tak jak uczył Tata, z którym biegaliśmy, graliśmy, skakaliśmy i pływaliśmy. To jedne z najfajniejszych wspomnień, jakie mam z dzieciństwa. Tata popracował do 12, potem bach do samochodu i nad jezioro. A tam szaleństwa pływackie i inne. Potem do domu i rundka tenisa. Później rowerkiem dookoła miasta i po kolacji jeszcze bieganie ze znajomkami przed domem i siatkówka na zarośniętym boisku. To były czasy!

Świetnie pamiętam jedne, wyjątkowe wakacje – to było lato pod znakiem siatkówki. Potrafiliśmy w nią grać od rana do wieczora, z przerwą na obiad i numer dwa (jedynkę załatwiało się między drzewami. Dosłownie!). I tak trwało to do sierpnia, gdy zbliżały się igrzyska w Atenach. Ojciec – pierwszy kibic III RP, już zagryzał paznokcie na myśl, że Polacy niczym husaria na Krzyżaków najadą ze swoim talentem na greckie maty, boiska, korty i baseny.

A tu nagle tragedia narodowa. Takiej nawet Sofokles by nie wymyślił. Telewizor odmówił posłuszeństwa. Padł. Koniec. A igrzyska już za chwilę, teraz, nał! Szybka konsultacja, miniratka i jest. Nowy, świecący i pachnący. Z takim tyłkiem, że w dzisiejszych super-kul-extra loftach zająłby połowę ołpenspejsu. Ale dla nas był wszystkim, bo mogliśmy cieszyć się sportem. I tą radością, która zawsze łączy nas z naszym Tatą Myrosławem vel. największym fanem sportów wszelakich.

I teraz znowu nadeszła ta sportowa chwila. Czas na igrzyska w Pyeongchang. I cieszę się z tego niezmiernie, bo kto na co dzień ogląda carling i inne tam muldy. A teraz jest na to czas! I pogadam o tych naszych mniej lub bardziej udanych medalowych sukcesach z Tatą. Tak samo w przyszłości chciałbym rozmawiać z Leonem. Może i on polubi igrzyska. A jak będzie potrzeba, to mu też kupię telewizor.

P.S. …i obiecuję wszem i wobec, że będę się więcej ruszał. Tak jak przed piernikami 😉