Moja londyńska samotność. I jak sobie z nią poradziłem
Total
171
Shares

Trzy lata, cztery miesiące i 27 dni – tyle czasu mieszkałem w jednym z najciekawszych, najbardziej ekscytujących i przyjaznych miejsc na świecie. Jednocześnie to miasto, w którym nigdy jeszcze nie spotkałem tak wielu samotnych ludzi. Oto moja opowieść o Londynie.

Z zazdrością patrzę na młodszych ode mnie. Wiadomo, gdybym mógł, wypiłbym krew i cieszył się dwójką z przodu w moim życiorysie. Ale niestety czasu nie da się cofnąć. A może i dobrze? Wszystko to, co chciałem, zrobiłem, a i jeszcze wiele mogę zrobić, osiągnąć, zobaczyć, przeżyć. Jednak nie wrócę do lat, gdy marzenia o podróżowaniu czy po prostu o przenosinach za granicę były bardzo proste do wykonania.

Ktoś powie – jak to? Przecież nie pamiętasz komuny, gdy nie było mowy o wyjazdach ot tak, gdy tylko miałeś na nie ochotę. Fakt, na szczęście te czasy mnie ominęły. Jednak my, pokolenie z początku lat 80., zahaczyliśmy jeszcze o czasy, gdy trzeba było się trochę natrudzić, by tego zachodu dotknąć.

W latach 90., gdy krążyłem po Inowrocławiu jako dzieciak, każdego dnia łykaliśmy wszystko, co choć odrobinę pachniało zachodem. Gdy koleżanka mojej Siostry przyniosła jej gumę do żucia, którą dostała od swojej siostry mieszkającej w Nowym Jorku, macaliśmy ten papierek jak największą świętość. Miziałem się nim po policzku, mówiąc: “Kiedyś tam pojadę! Zobaczycie!”. Ok, jeszcze nie miałem okazji zobaczyć Ameryki, ale inne miejsce, o którym marzyłem już tak. I nawet w nim zamieszkać.

Mam tu na myśli Londyn. Dla mnie to była bajka. Dosłownie – bajka. Bo mają przecież swoją królową, która jest bogata, i księżniczki, które są piękne, i wspaniałe zamki, i sklepy, i zabytki… Ajjj, długo by wymieniać! Przez lata widziałem Wyspy jako krainę mlekiem i miodem płynącą, gdzie wszyscy są szczęśliwi i uśmiechnięci, gdzie nie ma problemów, gdzie wszystko, co sobie wymyślisz, spełnia się jak  u Pottera.

I tak marzyłem o tej Anglii, o tej Tamizie. Że zobaczę królową i Big Bena. Że zjem sobie śniadanko w Hyde Parku i zrobię zakupy w Harrodsie. I wiecie co? Spełniłem te marzenia. Ale za cenę samotności, która na pewnym etapie była już bardzo męcząca….

Gdy wyjeżdżałem to Anglii po raz pierwszy, miałem 22 lata, nieudaną przygodę z Prawem za sobą, 18-letnią siostrę u boku, którą musiałem się zaopiekować, i brak planu na przyszłość. Niby mówiliśmy, że jedziemy na rok odłożyć kasę na studia, ale nie wiedzieliśmy, jak to wszystko się potoczy. Niektórzy śmiali się z nas, że nie damy rady, że przecież my to do cycusia mamusi, że nam wszystko zawsze podawano jak na tacy i jak takie dwa egzemplarze mają sobie poradzić w wielkim świecie. Mieliśmy wrażenie, że zamiast nas wspierać, oczekiwano wręcz, żeby nam się nie udało, że za dwa miesiące wrócimy na tarczy.

I prawda, wróciliśmy, ale rok później i z pewnością nie na tarczy. Z tarczą też nie, ale z ogromnym doświadczeniem, którego każdemu życzę. To dopiero była lekcja dorosłości! Nigdy wcześniej nie mieszkaliśmy poza domem (no może z wyjątkiem tej mojej krótkiej przygody prawniczej), a tu nagle trzeba było sobie radzić w zupełnie innym od znanego nam świecie.

Wszystko było inne. Obyczaje, jedzenie, ruch na ulicy, towary na półkach – wszystko! Najgorszy okazał się pierwszy kontakt z językiem, gdy żaden z napotkanych ludzi nie mówił tak, jak aktorzy w filmach. Tu nikt nie mówił wyraźnie, z pięknym akcentem. Szybko, niewyraźnie, i do tego z błędami – tak podsumowałbym swoje pierwsze językowe doświadczenia. A gdy współpracownicy po kilku tygodniach zapytali się mnie, jak pisze się niektóre słowa, to był już szczyt szczytów. “No bo ty uczyłeś się poprawnego języka, takiego jak z BBC, a my po prostu mówimy!” – argumentowali potrzebę językowej pomocy od imigranta.

Ale miesiące mijały i jakoś przyzwyczailiśmy się do tego naszego żywota na obczyźnie. Może było mi łatwiej, bo moja Siostra była ze mną? Może i tak, ale tęsknota za krajem i tak wygrała i po prawie 15 miesiącach na Wyspach spakowaliśmy się i wróciliśmy na studia do Polski. Tak, jak planowaliśmy na samym początku.

Fast forward kilka lat później, scenariusz się powtórzył. Z tą różnicą, że tym razem na studia wyjeżdżałem za granicę. W trakcie moich kilku lat w Poznaniu wymarzyłem sobie, że mogę przecież zrobić drugą magisterkę, w Anglii! Boże, to było marzenie ściętej głowy! Ja, taki bidulek z Inowrocławia, miałby bujać się po angielskich uniwersytetach? No nie było opcji! Po pierwsze kasa, po drugie i trzecie – kasa! Nie bałem się wyzwania, wiedziałem, że językowo też sobie poradzę, ale te pieniądze. To ogromny wydatek, na który stać niewielu. Ale gdy ja się uprę…

I tak, nie myśląc nad tym, czy dam radę, złożyłem papiery. Pytany o to, skąd wezmę pieniądze, wspominałem czasy przerzucania kilku ton płatków owsianych w fabryce w Bridgwater, mówiąc “żadnej pracy się nie boję, najwyżej wrócę do pracy fizycznej”. Na szczęście na trzy tygodnie przed wyjazdem dostałem sygnał od kolegi koleżanki, że jest praca w redakcji i że gdybym chciał, to mogę spróbować. I udało się! Mogłem wyruszać na podbój Londynu, miasta, o którym marzyłem od lat.

Jak to często bywa, na początku było super. Magię tego miejsca trudno opisać. Możliwości, jak pieniądze, są wszędzie, tylko trzeba po nie sięgnąć. Korzystałem z nich, ile wlezie. Ale po kilku miesiącach przyszedł mały emocjonalny spadek. Ponoć to znany scenariusz – każdy, kto wyjeżdża, po pierwszych, pełnych pięknych emocji chwilach, w pewnym momencie wchodzi w emocjonalny dołek, z którego trudno jest wyjść. Ja właśnie to przeżyłem.

Rozmowy z innymi imigrantami, nie tylko z Polski, ale z całego świata, których poznałem na mojej emigracji, potwierdziły, że takie zjawisko jest dość powszechne. Wyrwani z ojczyźnianego kontekstu, nie potrafimy odnaleźć się w innym kraju.

Co nas ratuje? Trudno znaleźć jedną metodę. Jedni zatracają się w pracy, ale to tylko połowiczne rozwiązanie. Bo co masz z życia, jeśli ograniczasz się do aktywności zawodowej i łóżkowej (mam tu na myśli sen, oczywiście ;P). Niestety poznałem wiele takich osób. Brali nadgodziny, dłużej zostawali w pracy, i co? Wypalenie zawodowe to pikuś. Często zatracali umiejętności społeczne, mieli problemy z koncentracją, nie mówiąc już o używkach. Żyli, ale nie żyli. Bo życie jest poza pracą, a ich egzystencja ograniczała się tylko do pracy.

Ja szukałem innego rozwiązania. Kocham ludzi i ile mogłem, szukałem z nimi kontaktu. Wszystko weszło na dobre tory, gdy po roku od przyjazdu nareszcie rozpocząłem wymarzone studia. I się zaczęło! Trudno mi opisać wachlarz różnorodności, który mnie spotkał. Na zajęciach siedział ze mną cały świat, pełen różnych charakterów, doświadczeń, kolorów, umiejętności. Dla takiego społecznego zwierzaka, jak ja, prawdziwe eldorado. Te historie, które poznałem, przemyślenia, których wysłuchałem, ahhh – trudno opisać to w kilku słowach. To była moja metoda na samotność. Nareszcie nie byłem tylko ja i moja pustka. Nareszcie ktoś ją wypełnił. Niestety nie na długo.

Bo gdy po kilku miesiącach zajęć wszyscy rozjechali się do swoich krajów, nagle musiałem wrócić do swojego małego pokoju w moim małym mieszkanku gdzieś na obrzeżach Londynu. “Przyjaźnie”, które miały być na lata, okazały się krótkotrwałymi znajomościami, które nie przetrwały biegnącego czasu. Jedyne, co mi pozostało to ci, na których mogłem zawsze liczyć, czyli przyjaciele z Polski.

Może to trochę śmieszne, ale nawet w tych momentach, gdy w Anglii czułem się jak ryba w wodzie, często latałem do Polski. Coś mnie tu ciągnęło, coś nie pozwoliło mi zerwać więzi i palić mostów z bliskimi mi osobami z kraju. Jakbym wiedział, że to nad Wartą, a nie Tamizą, jest moje miejsce. Wsparcie rodziny i przyjaciół, którzy czekali na mnie w Polsce, dało mi siłę, żeby przetrwać emigrację. I ostatecznie utwierdziło mnie w przekonaniu, że to tu, w mojej ojczyźnie, chcę żyć.

Właśnie wtedy, gdy czułem, że powoli zbliża się ściana, mi i Marcie przydarzyło się coś pięknego. Szybko zrozumiałem, że to jest właśnie to, na co czekałem. I bez grama żalu, rzuciłem emigrację i wróciłem do Polski. Doświadczenie, wspomnienia i trochę odłożonej kaski zabrałem ze sobą, by tu, a nie za granicą, budować swoje życie od nowa.

Nie chcę się tu mądrować, mówić wszystkim, którzy szukają szczęścia w Anglii, Holandii, Stanach czy Hiszpanii, że mają wrócić, że tu znajdą swoje przeznaczenia, a Polska to w ogóle raj na ziemi. Ja powrotu nie żałuję, przeciwnie – to była najlepsza decyzja, jaką mogłem podjąć. Wy, drodzy koledzy po emigranckim fachu, musicie sami wybrać, co jest dla Was najlepsze.

Wiem jedno – nie warto marnować życia, jeśli czujemy, że tak właśnie się dzieje. To sygnał, że trzeba coś zmienić, shake it up a little, a efekty z pewnością Was zachwycą.

Powodzenia!

Total
171
Shares