Niebiańskie pierożki. Prosto z Azji

To była przygoda. Taka azjatycka. Ale skończyła się pięknie i cały czas do niej wracamy. Bo jest pysznie, choć czasochłonnie. Jeśli zatem preferujecie coś na szybko, z miejsca informuję – to nie ten przepis. Ale skoro już tu jesteście, apeluję – spróbujcie, a nie pożałujecie. Naprawdę warto!

Przyznaję się bez bicia – uwielbiam pierogi! Taki ze mnie polski Polak. Żadne tam schabowe, gołąbki czy inne cuda wianki. Pierogi to jest to! I to w każdej formie. No, może z wyjątkiem tych ruskich, z którymi mój związek opisałbym słowami “It’s complicated”. Nigdy za nimi nie przepadałem. Idea łączenia ziemniaków z białym serem jakoś mnie odrzucała. Wszelkie próby przekonania mnie do tego wytworu nie powiodły się. Do momentu, gdy spróbowałem ruskich mojej kochanej Teściowej, które są naprawdę warte grzechu. Oczywiście, nie są to moje ulubione, ale smakują mi, a to już duży sukces, skoro Mr. Gałat taki pierogowo wybredny 😉

Zacznę jednak od burzenia. Chciałbym się zmierzyć z jednym z mitów, którymi karmią nas na lekcjach historii – nie, nie jesteśmy prekursorami pierogów. I nie, nie robimy najlepszych na świecie. Nie mamy też na nie monopolu, bo tego typu dania serwowane są na całym świecie. Rosjanie i Ukraińcy mają swoje wareniki, w Nepalu robią momo, w Chinach wontony, a w Rumuni coltunasi. Także, sorry, ale patentu na pierogi raczej nie dostaniemy, choć wiadomo, że nasze najlepsze 😉

Podczas podróży poślubnej do Azji odkryliśmy smaki, których wcześniej nie znaliśmy albo nie były nam na tyle bliskie, aby włączyć je do codziennych eskapad kulinarnych. Przykład – imbir. Wiem, wiem, żadna nowość, ale u nas pojawiał się rzadko. Po Azji to się zmieniło i postanowiliśmy szukać inspiracji na potrawy, które łączą w sobie te azjatyckie smaki.

I tak, jako fan mącznych dań, czytałem dużo o azjatyckich wariacjach pierogowych. Jeszcze w Londynie nie raz wcinałem chińskie czy gruzińskie wyroby tego typu i w końcu postanowiłem sam spróbować swoich sił. Tak doszedłem do tych cudeniek, które dziś Wam prezentuję.

Nie napiszę, że to chińskie, nepalskie czy japońskie pierożki. Po prostu azjatyckie. Blisko im do momo z Nepalu czy japońskiej gyozy, ale nie jestem tu ortodoksyjny, jeśli chodzi o ich składniki. To po prostu takie nasze, gałatowe pierożki, inspirowane Azją. Jeśli macie ochotę spróbować, zapraszaMY!

Ciasto

Z tym będzie trochę roboty – nie ukrywam 😀

Potrzebujecie:

  • 3 szklanki mąki,
  • łyżeczkę soli,
  • gorącą wodę

Specjalnie nie określam, ile wody będziecie potrzebować – wszystko zależy od wilgotności mąki. Po prostu dodajcie tyle płynu, ile zabierze mąką. Ciasto musi być elastyczne, jak plastelina. Gdy będzie gotowe, odstawcie je na 10-15 minut, żeby “odpoczęło”.

Zabieramy się do roboty. Ciasto dzielimy na cztery części i z każdej robimy wałek o średnicy ok. 3 cm. Teraz musicie podzielić go na kawałki, tak jak na kopytka. Z każdego kawałka zróbcie kuleczkę, którą następnie należy rozwałkować. Tu czeka Was trochę pracy – każdy kawałek starajcie się rozwałkować na w miarę równe i cienkieeeee jak papier koło. To jest bardzo ważne – ciasto musi być cieniutkie na tyle, żeby przebijało przez nie światło.

Nadzienie

Tu zaczyna się Azja. Te smaki i zapachy które powodują, że dostaniecie ślinotoku!

Potrzebujecie:

  • pół kilograma mięsa (my skorzystaliśmy z mielonego z szynki),
  • imbir – ok. 5 cm korzenia (starty, oczyszczony ze skórki korzeń),
  • gruby szczypior (najlepiej z dwóch dużych lub trzech małych cebulek),
  • poszatkowana połowa główki małej kapusty (lub jedna trzecia większej) – my wykorzystaliśmy włoską,
  • sos sojowy,
  • dwa ząbki czosnku,
  • ostra papryka, pieprz i sól do smaku,
  • odrobina oleju.

Czasami zmieniamy przepis, dodając kolendrę zamiast szczypioru (akurat ja za nią nie przepadam, ale nic nie może się zmarnować 😉 czy pieczarki.

Wszystkie składniki wymieszajcie i zostawcie na 10 minut, żeby smaki się połączyły.

Teraz przyszedł czas na “złożenie” pierożków. Weźcie do ręki kawałek ciasta i na jego środek nałóżcie łyżeczkę nadzienia. Następnie postarajcie się połączyć ciasto w kształt kwiatka, z krawędziami nad nadzieniem. Trudno to opisać, zróbcie zatem tak, jak pokazuję na zdjęciu poniżej 😉

Na patelni rozgrzejcie dwie łyżki oleju i gdy będzie już gorący, wrzućcie kilka pierożków. Po ok. 2 minutach, gdy spód pierogów się zetnie, zalejcie je gorącą wodą do wysokości ok. 1,5 centymetra i zakryjcie patelnię. Od tej chwili mają się gotować przez ok. 10 minut, do czasu, gdy nadzienie się zetnie i ciasto będzie ugotowane. Po kilku minutach możecie polać pierożki wodą, żeby ugotował się również kwiat, który jest ich ozdobą (gdy gotowałem je pierwszy raz, nie zrobiłem tego i kwiat był surowy i nie dało się go zjeść).

Gotowe pierożki serwuję, podając sos sojowy zmieszany z czosnkiem i odrobiną imbiru. Marta woli słodki sos chili, zatem – co kto lubi 🙂

Smacznego!