Od kultury do frytury. Co łączy Fridę Kahlo z frytkami?

“Mam bilety na Fridę!” – usłyszałam pewnego wieczoru. “Rewelacja” – wykrzyczałam na całe mieszkanie. “W zasadzie to chyba mam, bo pojawił się jakiś problem z płatnością i nie wiem czy ostatecznie przeszła” – ostudził emocje Małżonek. Zamiast myśleć o wystawie, zaczęłam zastanawiać się, czy nadal na koncie mamy jakieś pieniądze. Zostalibyśmy bez biletów, bez pieniędzy, z myślą jak to teraz odkręcić. Na szczęście pieniądze zostały w banku. Szkoda tylko, że biletów brak.

Postanowiłam wziąć sprawę w swoje ręce, jak to często z Małżonkiem bywa. Od razu oczywiście ich nie kupiłam, wszystko przez ten baby brain i tak minęły ponad trzy tygodnie.W końcu przysiadłam, zakup zrobiony. IDZIEMY!!!!!

Grzechem byłoby nie zobaczyć tej wystawy. Już jedną ominęliśmy. Tak się wybieraliśmy na wystawę najwybitniejszych malarzy impresjonizmu, że wyjechała z Poznania, zanim w ogóle zaczęliśmy planować wizytę! Nie tym razem! My miejscowi, Frida na wyciągnięcie ręki i co??? O, nie! Nie zrobimy tego błędu, co 2 lata temu. Przecież skoro z całej Polski, pewnie i z zagranicy przyjeżdżają do Centrum Kultury Zamek, żeby podziwiać te dzieła, to i my musimy zobaczyć to, o czym szumi cały Poznań.

Poszliśmy. Zobaczyliśmy. Wiemy jedno – jesteśmy zachwyceni! Cała nasza trójka wyszła ukontentowana. Leon wiercił się w brzuchu całe dwie godziny. To znak, że było warto.

Naszą przygodę z Fridą i Diego rozpoczęliśmy od obejrzenia filmu z 2002 r., tego z Salmą Hayek. I dobrze, bo wiele wątków z życia Kahlo i Rivery mogłabym nie zrozumieć albo pominąć, a tak wszystko było jasne. Zobaczyłam jak ciężkie miała życie, jak brnęła w miłość z mężczyzną o 20 lat starszym, mającym zupełnie inne podejście do seksu, miłości, życia. Jak dostawała od życia po tyłku i jak się w tym wszystkim odnajdywała. Nie zazdroszczę.

Wiem, że całe jej historia, wzloty i upadki, wpłynęły na to jak malowała i co malowała. Fantastycznie było stanąć przed stworzonym przez nią obrazem. I ta świadomość – tak, to ona to namalowała. Dotykała pędzlem tego płótna. Dopiero kilka dni temu po raz pierwszy zetknęłam się z nią na ekranie telewizora. Teraz czuję, że się znamy. Stoję tu koło niej. Czuję jej zapach. Emocje nie do opisania. Te wszystkie doznania jeszcze bardziej uświadomiły mi, że ta wystawa to był MUST SEE tego roku!!!

Ale… Nie że jesteśmy tacy “wyższa klasa”…

Tradycji stało się zadość i wieczoru nie zakończyliśmy samą wystawą. Wystarczyło, że padło magiczne słowo “jedzenie”, a nie musieliśmy wiele mówić. Nagle staliśmy się głodni, mimo że jeszcze 10 minut wcześniej mieliśmy w planach szybki powrót do domu. Nawet nie było długiego zastanawiania się GDZIE. Po prostu, spojrzeliśmy na siebie i już wiedzieliśmy. Fast food! W tym samym momencie pomyśleliśmy o frytkach belgijskich. Taaak, to jest to o czym teraz marzymy!

I tak z miejsca utożsamiającego kulturę wyższą przetransportowaliśmy się do małej knajpy przepełnionej fryturą. “Zapach” smażonych frytek był wszędzie. Czułam jak wdziera się w moje włosy, jak przenika moje ubrania. “Szybciej, szybciej!” Ta myśl towarzyszyła mi przez cały pobyt w tym wyjątkowym miejscu. Na szczęście szybko się ewakuowaliśmy. Z frytami w ręku.Jeśli byłabym tam chwilę dłużej, pewnie sama wyszłabym jako frytka. Na szczęście obeszło się bez tego. Smażonki zjedzone, my ukontentowani po raz drugi tego samego wieczoru. Czego chcieć więcej.

Pozostała myśl – czy to już nasza tradycja? Czy każde wyjście do teatru, opery, na koncert musi się u nas kończyć fast foodem? Jakoś dziwnym zbiegiem okoliczności właśnie w te dni mamy niepohamowany apetyt na niezdrowe jedzenie. Zazwyczaj omijamy takie miejsca szerokim łukiem. Gdy już do nich dotrzemy, wmawiamy sobie raz nie znaczy zawsze. Zajadamy się tymi niezdrowymi tłuszczami, głęboko wierząc, że to ostatni raz. Czy aby na pewno? Przekonamy się przy okazji kolejnej wystawy.