#odkrywamypolskę – Kazimierz Dolny
Total
37
Shares

Tego miasta nie trzeba przedstawiać. Każdy, kto chce poczuć atmosferę artystycznej bohemy, chce odwiedzić to malutkie, ale piękne miasto nad Wisłą. Czy jednak renoma Kazimierza jako stolicy kulturalnej prowincji rzeczywiście nadal jest aktualna? Postanowiliśmy to sprawdzić.

Do Kazimierza nie mamy daleko. To znaczy mamy, oczywiście, gdy jesteśmy w Poznaniu. Gdy jednak odwiedzamy rodziców Marty w Dęblinie, do tego pięknego miasteczka jest rzut beretem. I tak, w niezbyt przychylną pogodę na początku lipca, postanowiliśmy wybrać się na jednodniową przejażdżkę, zamiast siedzieć w domu i czekać na słońce.

Ostatecznie słońce zaświeciło nam, gdy już dotarliśmy na miejsce, przy okazji przejeżdżając przez Puławy, które opisaliśmy już w naszym cyklu. Gdy opuściliśmy miasto słynące z pięknego pałacu Czartoryskich, wjechaliśmy na trasę, prowadzącą wzdłuż Wisły. Tych kilkanaście kilometrów może każdemu narobić smaka przed wizytą w Kazimierzu, szczególnie piękne spichlerze, które dumnie zapraszają do miasteczka. Warto zatrzymać się przy nich, choć na chwilę – niestety te zabytki są często pomijane przez pędzących ku swojemu kolejnemu celowi turystów.

Gdy dotarliśmy do centrum, uderzył nas… brak turystów! Ok, rozumiem, to był wtorek, ale mimo wszystko wakacje. Spodziewaliśmy się dzikich tłumów, a trafiliśmy jedynie na niewielkie grupki pań w wieku 50+, dzielnie walczących z kocimi łbami. No cóż, szpilki, drogie panie, zostawiamy w domu 😉

Rynek to miejsce, któremu z pewnością warto poświęcić chwilę. Jest piękny – renesans uderza nas z każdej strony. Kamienice Przybyłów to, jak wiadomo, must see, ale nie jedyny obiekt, który warto zobaczyć. Oczywiście, musicie zrobić sobie fotkę przy studni  i wdrapać się kawałek pod górkę ulicą Zamkowa, by wejść do kościoła św. Jana Chrzciciela i św. Bartłomieja.

Polecamy Wam to miejsce, tak jak i cały Kazimierz, z jednym ale… Tym ale jest nawierzchnia. Jeśli, tak jak my, zwiedzacie z dzieckiem, które większość czasu spędza w swoim małym pojeździe, przygotujcie się na przeprawę. Od początku wiedzieliśmy, że nie damy rady wejść na Górę Trzech Krzyży i z bliska zobaczyć ruiny zamku. Musieliśmy zadowolić się spacerkiem po wybrzeżu, ale i tak poruszanie się po Kazimierzu było dla nas udręką. No cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo 🙂

 Poza Rynkiem, oczywiście warto zobaczyć Kamienicę Celejowską. By docenić jej piękną architekturę, musimy odwiedzić Kazimierz jeszcze raz. Z prostej przyczyny – kamienica jest remontowana, a nie pasowało nam podziwianie rusztowania.

Wspaniale prezentował się również kościół św. Anny. Leny nie był aż tak ciekawy, w tym momencie bardziej interesowała go pierś Marty, ale przystanek był cenny, bo mieliśmy okazję wejść do kościoła i zobaczyć jego wnętrze.

SONY DSC Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie spróbowali lokalnych smakołyków. Jeśli chodzi o słodycze i wszelkiej maści wypieki, szczególnie mi nie trzeba powtarzać dwa razy 😉 Kazimierz słynie z kogutów, wypiekanych ze słodkiego ciasta. To nie jest drożdżówka, czy pączek, ale ciasto, z którego wyrabia się tutejsze koguty, przypomina słodkie bułki. Pyszota! Najlepsze są te od Sarzyńskich. Piekarnię znajdziecie w wyjątkowej urody kamienicy, a do tego wyroby, jakie możecie tam kupić, zwalają z nóg 🙂

Jeszcze przed wyruszeniem do Kazimierza, przypomniało mi się, że w okolicach miasta są malownicze wąwozy. Nie wiedząc, czym one tak naprawdę są, mówię do Marty: “Kochanie, bo tam są takie, takie jakby ulice w lesie, takie głębokie, normalnie jak w Środziemiu!”. Ofkors, Małżonka nie miała pojęcia o czym mówię, ale ostatecznie doszliśmy do porozumienia, że chodzi mi o Korzeniowy Dół, czyli najsłynniejszy chyba przykład lessowych wąwozów, które otaczają miasto. Miejsce przepiękne, wręcz stworzone, by zrobić sobie super fotkę na Instagrama. Niestety, jak się szybko przekonaliśmy, z pewnością nie dla osób z dzieckiem w wózku. Pchałem ten pojazd pod górkę, przy przechyleniu prawie 40 stopni, ale po kilku minutach powiedziałem sobie dość. Przeszliśmy spory kawałek Korzeniowego Dołu, ale całą trasę zostawiliśmy sobie na czasy, gdy Leon będzie mógł sam dreptać po ciekawych miejscach.


A w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy bardzo ciekawym z mojego punktu widzenia, miejscu. Jadąc do Kazimierza zwróciłem uwagę na interesująco wyglądające pole. Jak się okazało, te wysokie pale, pokryte zielonym pnączem, to po prostu… chmiel! Kurcze, takiego mieszczucha jak ja takie cuda zawsze zachwycają 🙂

Total
37
Shares