Początki nie zawsze bywają łatwe, czyli jak wszystko się zaczęło

Gdyby ktoś rok temu powiedział mi, że zacznę pisać bloga pomyślałabym – “Popieprzyło gościa”. JA? Pisząca blo.., bloo, BLOGA????? Haha, niemożliwe! A jednak, nigdy nie mów nigdy! Ta zasada już chyba kilka razy sprawdziła się w moim życiu, a ja cały czas nie mogę się oduczyć jej stosowania. Ale do rzeczy.

Muszę się przyznać, że pomysł pisania wspólnego bloga zrodził się w głowie mego Męża i pewnego listopadowego popołudnia, a może wieczoru, postanowił mi przedstawić ten fantastyczny (wówczas głównie według niego) pomysł. Jak coś dla mnie może być fantastyczne, jeśli o tym pomyśle dowiaduję się w trakcie 10-tej powtórki Kuchennych Rewolucji i nadchodzących Milionerów? Przecież powinien wiedzieć, że nie można mi przeszkadzać w momencie, gdy oglądam takie super hity. Oczywiście, nie mógł trochę poczekać, gdzież, od razu po wejściu do domu, nie patrząc na to co robię, opowiedział mi o swoim pomyśle, ofkors w samych superlatywach.

Jedną, w zasadzie główną z nich, miało być zabicie mojej nudy w trakcie oczekiwań na naszego potomka. Pewnie miał już dość słuchania z reguły tego samego harmonogramu mojego dnia. W sumie racja – co może być ciekawego w ciągłym siedzeniu w necie, oglądaniu telewizji, gotowaniu i czytaniu książek. Przecież mu nie opowiem, jak się zakończyła kolejna przeczytana przeze mnie książka, mimo że mam na to wielką ochotę. Chleb też wie jak się piecze.

Pomysł oczywiście nie przypadł mi do gustu. Ja mam pisać bloga? Dzielić się swoją prywatnością z (sory za bezpośredniość) obcymi ludźmi? No, chyba nie!. Od razu sprowadziłam go na ziemię. Padała seria kolejnych pytań, którymi go bombardowałam – po co w ogóle pisać bloga? Co mi da pisanie bloga? I w końcu – jak pisać bloga o sobie?

Mój Małżonek nie spoczął jednak na laurach, odpowiedział na każde nurtujące mnie pytanie i oznajmił mi, że niezależnie od mojej decyzji on chce spróbować. No i wtedy się zaczęło. Zasiał ziarnko zainteresowania w mojej głowie. Minęło kilka tygodni, zanim ostatecznie zgodziłam się. W międzyczasie pojawiły się sprzeczki, mój płacz (chyba zadziałały hormony, tak to już jest u kobiet w ciąży) i w końcu pomogły konstruktywne rozmowy – jak wszystko ma wyglądać, jak to widzimy, czego oczekujemy od wspólnej pracy. Nie ukrywam, że na decyzji trochę zaważyła kobieca duma. Jak to? On może pisać, a ja nie?

Po dłuższych przemyśleniach doszłam do wniosku, że szkoda zmarnować podsunięty pod nos pomysł zabicia nudy. I tak właśnie powstało nasze dziecko, które tak samo kochamy jak to w moim brzuchu, które w marcu dołączy do naszej drużyny The Galats.