Szkoła rodzenia? A kysz!

ONA – “Kochanie, co robisz we wtorek? Bo mamy szkołę rodzenia, pamiętasz?”
ON – “To znaczyyyy…. Niestety będę dłużej w pracy. A tak chciałem iść… We wtorek nie mogę. Gdyby to był poniedziałek, to z przyjemnością bym poszedł… Jaka szkoda…”
ONA – “A, to dobrze, bo zajęcia mamy jednak w poniedziałek”
ON – “<WTF?>”

Myślę, że tak może wyglądać dialog o szkole rodzenia w wielu domach. Przyszła Mama, chętna do nauki, chce dowiedzieć się jak najwięcej o porodzie, opiece nad maluszkiem, czego robić, a czego unikać. Z drugiej strony przyszły Tata, zaciągnięty na zajęcia niczym wół na pole, przeciągnięty przez setki niezrozumiałych określeń typu dno miednicy, smółka czy wakum. Zasypiający przy uspokajającej muzyce i mający generalnie wszystkie te informacje w d…. Pewnie nawet nie wie, co to szkoła rodzenia.

Stereotyp, co? Niby tak, ale to jednak prawda. Bo mieliśmy takie egzemplarze w naszej grupie. Gdy tylko widziałem tych jegomościów przekraczających drzwi szkoły rodzenia, od razu dostawałem palpitacji serca. Takich samych, jakie pojawiały się u nich, na myśl, że znowu zmarnują półtorej godziny na wysłuchiwanie jakiejś przemądrzałej baby gadającej o nacięciach krocza. Czegoś się spodziewał? Że dowiesz się, kiedy możesz posadzić małego na kanapie, włączyć mu Primera Division i dać chipsa w rękę? Tak to nie działa.

Ale po co takiemu mówić, jak ma wspierać żonę, co spakować jej do szpitala, jak opiekować się córeczką, gdy już będzie na świecie? Przecież on tego robić nie zamierza. Toż to babskie zadanie. Nasz delikwent nie będzie zajmował się dzieciakiem. Kupa? Zgiń, przepadnij! On nie zamierza babrać się w, że tak powiem, odchodach. Tu przyszedł ot tak, bo kazali. A po co? Żeby denerwować innych? Bo innego celu tu nie widzę. Osobnik czuje się dumny, no bo już zgodził się na partycypowanie po błagalnych namowach partnerki. Pojawił się, przesiedział tę godzinę z kawałkiem. Ale nikt nie mówił, że ma słuchać. Albo chociaż z szacunkiem cicho siedzieć.

Dzie tam! Każdy ma się dowiedzieć, że jemu jest źle. Niewygodnie. Za ciepło, a do tego duszno. Że gadają o głupotach, a na Polsat Sport Barca właśnie gromi Bilbao. A on tu, z jakimiś babami i kilkoma pantoflami ogląda slajdy o szpitalach. Jeszcze włączy się na chwilę, gdy zgrabny cycek pojawi się na planszy, ale gdy znowu beciki na tapecie, już odpływa na Camp Nou.

A ja obok. Wkurzony, bo to wszystko widzę. A to zasłania mi ekran, a to sapie i dyszy jak tuwimowa lokomotywa. Uff – jak gorąco! No to leci do okna, bo mu parno. Nic że dziewczyna siedzi dwa metry od okna i jej zimno. Panu pot z czoła spływa i to JEMU ma być dobrze. Co tam matka i jej humory! Hrabia przyszedł, a tu żar tropików. Tłusta oliwa. Tylko czeka na stację końcową. Jak nie ruszy, jak nie wyleci. Gwizd, świst, buch w ruch i już w kurteczce czeka przy drzwiach jak pies na poranny spacer. Bo może jeszcze zdąży na końcówkę. Przecież Messi zawsze gra do ostatniego gwizdka. Nieważne, że partnerka ma jeszcze pytanie. Przecież wszystko jest w necie. On to wie, bo całe zajęcia przeguglał. Albo i lepiej – zmarnował.

A szkoda, bo miał szansę. Mógł się dużo nauczyć. Taki przyszły Tata powinien wiedzieć, co to jest ta szkoła rodzenia i do czego tak naprawdę jest potrzebna. Takie zajęcia nie są obowiązkowe, chociaż, jak dla mnie, powinny. Bo są warte – nie swojej ceny, bo szkoła rodzenia w Poznaniu jest bezpłatna. Warte są wiedzy, jaką tam nabędziesz. Możesz czytać internety, ale relacje ekspertki, która na dzieciach zjadła zęby (jakkolwiek brzmi to dziwnie), są niepowtarzalne.

Mówiąc szczerze, chciałem być z Martą w tym czasie, tak jak jestem z nią w trakcie całej ciąży. Do takiego dialogu, jak ten, który przytoczyłem na początku wpisu, u nas w domu nie doszło. Ja w szkole rodzenia? Ofkors! Czekałem na tę chwilę od momentu, gdy rok temu oglądaliśmy “Dziewięć miesięcy” z Julianne Moore i Hugh Grantem. To był chyba znak, bo tydzień później dowiedzieliśmy się o ciąży. Od razu uspokajam – daleko mi było do reakcji grantowego bohatera. Bardziej przypominałem jego kolegę, który na wieść o zbliżającym się potomku z niecierpliwością czekał na okazje takie jak szkoła rodzenia.

I nie pomyliłem się. Dobrze wiedzieć wszystko o porodzie i połogu. Co robić w tych najważniejszych chwilach, jak być z nią, u jej boku, jak ją wspierać i dać jej ten wewnętrzny komfort. Bo ona tego potrzebuje – potrzebuje Twojego wsparcia. Ale nie takiego na niby, jak szanownego kolegi ze szkoły rodzenia z głową w fejsie. Takie udawane oparcie jest chyba jeszcze gorsze, niż jego brak. Szczególnie w poniedziałkowe popołudnia, gdy jesteśmy na zajęciach. Mi nie trzeba przypominać, że to nie we wtorek. Mam nadzieję, że Wam również.