Weekend z samym sobą. Czy to zły znak?

“Wyjeżdżam na weekend sama. Bez męża, bez dzieciaków. Potrzebuję tego”.

Te słowa rezonują w mojej głowie i powodują, że zadaję sobie milion pytań. Dziwne to. Ta reakcja, choć ma własna, zaskoczyła mnie. Zastanawiam się, rozkminiam temat, doszukuję się ukrytych znaczeń. Szczerze, nie wiem dlaczego, szczególnie, że temat nie dotyczy mnie osobiście. Tylko pośrednio, bo to nie moje słowa, a koleżanki z pracy.

Ale interesują mnie na równi z tymi, które sam z chęcią wypowiadam. Bo zdania o chęci spędzenia samotnego weekendu brzmią dla mnie złowrogo. Dlaczego? Bo to jednak sygnał, że coś jest nie tak. Sorry, ale tak to czuję. Nie wiem, czy to efekt krótkiego małżeńskiego stażu, czy po prostu bliskiej relacji, jaką z Małżonką mamy, ale jakoś nie dopuszczam do siebie takiej myśli. Ja sam? Celowo? Na własne życzenie? Niee.. Ona sama? W wielkim świecie? BEZE MNIE? Nevaaaa!!!!!

Ustalmy fakty.

Młode małżeństwo.

Staż – dokładnie osiem miesięcy bez dwunastu dni.

Dorobek – dziecko w drodze, samochód spłacony, mieszkania brak.

Cel – “i żyli długo i szczęśliwie. Forever after”

Ten cel chcemy osiągnąć i nad tym pracujemy. Każdego dnia, akceptując swoje odmienności i różne podejście do życia. W końcu spotyka się dwoje ludzi, którzy już mają jakąś historię. Nie przyszli znikąd. Jedno jest z Kujaw, drugie z Lubelszczyzny. I teraz muszą rozkminić, jak te wszystkie puzzle ułożyć w zgrabny obrazek. Taki, co można powiesić na ścianie i pokazywać gościom. Te nieudane chowa się do szafy.

Według mnie tam nadaje się ten, stworzony przez małżonków spędzających czas osobno. Wiem, wiem, puszka Pandory otwarta. Mleko się rozlało. Powiedziałem, co wiedziałem. Po prostu tego nie rozumiem. Dla mnie i dla Małżonki czas spędzony osobno jest bezcelowy, jałowy, nijaki. Uwielbiamy być razem. Kochamy poznawać świat wspólnie. Cieszymy się każdą chwilą razem. Wyjazd osobno nie wchodzi w grę.

Bo nie musimy od siebie odpoczywać, a wiem, że niektórzy tak. Kumpela, której mąż pracuje tak naprawdę wszędzie, zawsze twierdziła, że to zbawienie. Ona – praca na miejscu, 8-16, potem jest czas dla dzieciaków. On – ciągle w drodze. Niby biuro w Poznaniu, niby też praca miejscowa. Ale życie zamiejscowe. Jeden dzień w Rzeszowie, trzy w Sopocie, w międzyczasie szybka Warszawa, a po wszystkim jeszcze Wrocław na wieczór. Potem wraca na rodziny łono i kochaj mnie, wielb i szanuj. I jej to pasuje. Pretensji brak, kłótni – zero. Nie ma “ty mnie już nie kochasz, bo nie spędzasz ze mną czasu”. Nic z tego. I od razu spieszę tłumaczyć, tym którzy w obronę tej rodziny stawić się garną – “taką po prostu mają pracę” to nie jest argument tu pasujący. Nie chodzi tu o to, że “musi wykarmić rodzinę”. To zdolny facet, specjalista w swojej dziedzinie, który pracę może dostać wszędzie i pewnie za jeszcze lepszą kasę. Oni po prostu lubią taki żywot. Wędrowny.

I ja to szanuję. Nie rozumiem, ale szanuję. Jednocześnie nie wyobrażam sobie nas w takiej sytuacji. Często powtarzam Marcie, że ją lubię. Ona zakłada, że “Lubię” to wąska definicja i że “Kocham” obejmuje również fakt lubienia drugiej połówki. Pewnie ma rację, ale ja chcę, żeby wiedziała, że oprócz kochania czuję też i lubienie. Rosjanie mają łatwo – Małżonce by pasowało. Ja ljublju tjebja i wszystko jasne. I że kocha, i że lubi. Dla mnie oba słowa są ważne i dlatego je uparcie powtarzam. Niech wie, że ją kocham i lubię. I że nie wyjadę na weekend sam. Bez żony, bez dzieciaków. I że tego nie potrzebuję. Bo bez niej taki wyjazd nie ma sensu.